niedziela, 4 listopada 2007

Są tu jednak przyjaciele...

...i są to Portugalczycy:) Po raz kolejny życie utwierdza mnie w przekonaniu, że Portugalia to miejsce dla mnie - bo słońce, ocean, pyszna kawa i ludzie, z którymi możesz się szybko zaprzyjaźnić, bo są zwyczajni, otwarci i ciepli. Uśmiechnięci, przyjaźni i bez tego sztucznego dystansu. Fakt, że przy przedstawianiu się nowym osobom od razu całują dwa razy w oba polisie w Portugalii doprowadzał mnie do szału, bo uważałam, że powinni szanować osobistą przestrzeń każdego człowieka. Tutaj, gdzie Anglicy nawet nie zawsze potrafią podac rękę (nawet przy składaniu życzeń urodzinowych;)), dwa symboliczne buziaki od Portugalczyków nabrały nowego znaczenia.

Po ubiegłotygodniowym sushi z Ritą i Happy Diwali na Trafalgar Square pojechałyśmy do domu jej znajomych pośpiewać odrobinę karaoke. Oj, stresu było co niemiara, bo nigdy wcześniej nie śpiewałam publicznie przy obcych ludziach, ale nie dali mi żadnego wyboru. I poszło mi nadspodziewanie super!! Zrobiliśmy sobie bitwę karaoke - podzieliliśmy się na dwa zespoły i trzeba było ze sobą walczyć w różnych konkurencjach i wygrałam swoją, a koniec końców moja drużyna wygrała całą bitwę:) Niestety kolejną, na której już mnie nie było przegrali - od razu wiadomo dlaczego:)






Rita ma pewnie filmik ze mną śpiewającą. Jak tylko go od niej wydobędę wrzucę to się pośmiejecie z moich sekretnych talentów;))

A w ten piątek poszliśmy na koncert najsłynniejszych portugalskich gitarzystów. Bardzo fajny, w ciemnościach w pieknym starym kościele. Paradoksalnie musiałam przyjechać aż do Londynu, żeby usłyszeć jak brzmi portugalska gitara (różni się od tradycyjnej tym, że podwójne struny, absolutnie inny dźwięk i niemożliwie trudno się na niej gra) Potem piwo w zatłoczonym i rokrzyczanym centrum Londynu, kilka drobnych przygód, kilka dantejskich scen, i tłum ludzi, którzy nie mieli zamiaru udawać kogoś innego niż naprawdę są. Tolerancja społeczna jest tu ogromna muszę przyznać, i pewnie z przekonaniem mogłabym stwierdzić, że w Polsce przed takimi pubami słuchaczki Radia Maryja organizowałyby zbiorowy różaniec...

Wróciło moje marzenie, ba nawet postanowienie, zrobione kilka lat temu, że swoje 30-ste urodziny wyprawię we własnym mieszkaniu w Lizbonie. Na chwilę tempo życia sprawiło, że o tym zapomniałam. Ale może to, co tu się dzieje to znak, że marzenia czasem wcale nie są takie głupie... Dobrzy ludzie, miłość do plaży, porannego słońca, powolnych leniwych ludzi, ciągłego przepychania się w autobusach, muzyki, upalnych nocy, niewyczerpana energia...Może nie powinnam się tak przed tym bronić, tylko zacząć działać? Zostały mi już tylko 3 lata...

Znalazłam tu przyjaciół. Wreszcie!!! Juhu:)
Dzisiaj znów byliśmy na sushi. Po każdym spotkaniu z nimi wracam do domu z uśmiechem na ustach. I zwyczajnie potrafię zasnąć.

1 komentarz:

bjutus pisze...

Super, że wreszcie trochę odżyłaś, bo już się martwiłam, że całkiem uschniesz. Tak mi się wydaje, że Ty jednak w przeciwieństwie do mnie jesteś "zwierzęciem stadnym". Teraz już bedzie tylko lepiej - a na imprezę urodzinową już się wpisuję!!!