... miała być Guanabara, brazylijski klub, ale kolejka była tak ogromna, że nie było sensu w ogóle czekać. Szaleństwo. Kiedyś się tam wybiore, ale chyba trzeba być na miejscu ok. 19, żeby spokojnie wejść.
Zuza biedna wygadała się, że to pierwsze jej wyjście do klubu od mniej więcej 1,5 roku, więc byłam trochę przerażona, czy dam radę ją rozbawić - na szczęście się udało. Dołączył do nas jeden z tych milszych kolegów z pracy ze swoimi znajomymi, więc nie byłyśmy takie osierocone. Koniec końców dotarliśmy do Verve. Przez cały wieczór nie mogłam się napatrzeć wprost na wszystkie absolutnie roznegliżowane Angielk (łącznie z moją Zuzą), które mimo lekkiego wieczornego przymrozku wybrały się na tańce w mini, bez rajstop, bez kurtki. Szok!!!! Wszyscy zgodnie twierdzą, że nie powinnam się dziwić i też powinno być mi gorąco, bo przecież jestem z Polski. A ja miałam gęsią skórę od samego patrzenia.
Oczywiście od razu na wejściu zostałam obśmiana, że piję Guinessa, bo "Guiness jest dobry jak się siedzi z gazetą przed TV, a nie jak się idzie na party". Dostałam więc cider'a ich jabłkowego, generalnie taki nasz redds (nie? przynajmniej podobnie smakuje), a potem zawsze dobry gin&tonic. Wytańczyłam się za wszystkie czasy, nie mam absolutnie żadnych refleksji, było super. Nawet Zuza jest wdzięczna, że taką fajną imprezę ją zabrałam:)
Do domu dotarłam o 5, z cudownym uczuciem zmęczenia poimprezowego i obolałymi nogami (rozwalona stopa chyba nawet mnie nie bolała:)) Jakoś spokojniej mogę teraz zacząć tydzień!
Wszystkim pracusiom, którzy będą to czytać przy jutrzejszej porannej kawce, życzę miłego poniedziałku!
Zakładki dla pani Ani :)
12 lat temu