poniedziałek, 8 października 2007

A wieczorem..!

... miała być Guanabara, brazylijski klub, ale kolejka była tak ogromna, że nie było sensu w ogóle czekać. Szaleństwo. Kiedyś się tam wybiore, ale chyba trzeba być na miejscu ok. 19, żeby spokojnie wejść.

Zuza biedna wygadała się, że to pierwsze jej wyjście do klubu od mniej więcej 1,5 roku, więc byłam trochę przerażona, czy dam radę ją rozbawić - na szczęście się udało. Dołączył do nas jeden z tych milszych kolegów z pracy ze swoimi znajomymi, więc nie byłyśmy takie osierocone. Koniec końców dotarliśmy do Verve. Przez cały wieczór nie mogłam się napatrzeć wprost na wszystkie absolutnie roznegliżowane Angielk (łącznie z moją Zuzą), które mimo lekkiego wieczornego przymrozku wybrały się na tańce w mini, bez rajstop, bez kurtki. Szok!!!! Wszyscy zgodnie twierdzą, że nie powinnam się dziwić i też powinno być mi gorąco, bo przecież jestem z Polski. A ja miałam gęsią skórę od samego patrzenia.

Oczywiście od razu na wejściu zostałam obśmiana, że piję Guinessa, bo "Guiness jest dobry jak się siedzi z gazetą przed TV, a nie jak się idzie na party". Dostałam więc cider'a ich jabłkowego, generalnie taki nasz redds (nie? przynajmniej podobnie smakuje), a potem zawsze dobry gin&tonic. Wytańczyłam się za wszystkie czasy, nie mam absolutnie żadnych refleksji, było super. Nawet Zuza jest wdzięczna, że taką fajną imprezę ją zabrałam:)

Do domu dotarłam o 5, z cudownym uczuciem zmęczenia poimprezowego i obolałymi nogami (rozwalona stopa chyba nawet mnie nie bolała:)) Jakoś spokojniej mogę teraz zacząć tydzień!

Wszystkim pracusiom, którzy będą to czytać przy jutrzejszej porannej kawce, życzę miłego poniedziałku!

Końskie Ascot


Mój pierwszy wyjazd poza Londyn. Elegancki, czyściutki pociąg, książka i fru. Wyruszyłam w trasę. Podróz z Londynu do Ascot trwa nieco ponad godzinę - i im bliżej Ascot tym więcej koni na łąkach. Nie jestem oczywiście przekonana, że wszystkie startują potem w wyścigach;)) Niestety nie udało mi się też koniec końców zorganizować sobie jakiegoś porządnego kapelusza, ale na miejscu okazało się, że miasteczko puste, i ani śladu eleganckich dam, czy tym bardziej dopingującej Królowej. Główne wyścigi królewskie odbywają się w czerwcu, więc trochę się spóźniłam. Udało mi się zobaczyć szybko tylko budynek wyścigów, kto by pomyślał, że to wyścigi, nie?








Na miejscu odebrał mnie mój znajomy ze swoją przeuroczą trzyletnią córeczką Aną Ritą. Boskie dziecko, ogromne oczy, rzęsy zawinięte do samych brwi..Wspaniale mówi bo angielsku, choć jej mama usilnie próbuje nauczyc jej portugalskiego. Fajne uczucie poznac dziecko ludzi, którym pomagało się zbudować związek. Para nie przetrwała, ale córkę mają cudowną. Phil jest facetem koło 50-tki, który aż dotąd nie był ojcem. Nie widzieliśmy się ponad dwa lata, ale rozmawiało się jakby to było wczoraj. Zastanawiałam się, jak to jest z tymi relacjami Anglicy-ja, i przyszła mi do głowy pewna teoria -potrafię się z nimi dogadać tylko wtedy, gdy są to ludzie, którzy żyli w różnych krajach, wychylili się trochę z Wyspy i zrobili wysiłek, żeby poznać inne kultury. Coś w tym jest..
Ana Rita bardzo nieufna na początku, szybko przyzwyczaiła się do mojej obecności i za chwilę już byłam konikiem, na plecach którego jeździła z wszystkimi swoimi pluszakami.

Podróz powrotna nie była juz taka przyjemna. Udało mi się na szczęście znaleźć miejsce siedzące, ale niemal natychmiast po tym jak pociąg zatrzymał się na kilku następnych stacjach wwalił się taki tłum, ze szyby zaparowały, zrobiło się duszne, sennie i okropnie. Pan motorniczy uzywajac przez mikrofon niecenzurowanych słów zaczynających się na f**** prosił, zeby ludzie odsuwali się od drzwi, bo pociąg nie moze ruszyć. W rezultatcie podróz powrotna zajęła mi ponad 1,5 godz, doprowadzając mnie do absolutnego szału - o 20.30 miałam wychodzić na imprezę...Ale dzień.
Cdn

piątek, 5 października 2007

Piątkowy wieczór - wcinam pyszne ciastko brownie:)

Wyciszam się przed pracowicie zapowiadającym się weekendem. Jutro mój pierwszy wyjazd poza Londyn - jadę do Ascot spotkać się z moim znajomym z Portugalii i poznać jego trzyletnią córeczkę! Śmiesznie, bo jeszcze pracując za barem w lizbońskiej Żabie pomagałam mu pisać smsy miłosne do obecnej matki jego dziecka!! Zastanawiałam się nawet, czy nie kupić sobie kapelusza, no bo skoro już jadę do słynnego końskiego Ascot, to może jakieś filuterne nakrycie głowy by się przydało?;)) Najwyżej coś naprędce narzucę:)

A wieczorem wyciągam moją Susanne - Zuzę na imprezę taneczną do brazylijskiego klubu. Straszne tam podobno tłumy, brazylijska muzyka na żywo, trzy kroki do autobusu nocnego, który zawiezie praktycznie pod drzwi naszego domu. Mam nadzieję, że selekcjoner nie zdecyduje, że nie pasuję do wizerunku klubu i nie zatrzyma mnie przed wejściem - oj!!! bardzo by mnie tym zdenerwował.

Tak więc w niedzielę oczekujcie obszernej relacji szalonej reporterki Buby. I udało mi się w końcu kupić jakieś normalne spodnie!! Sukces, choć nogi schodziłam strasznie łażąc od sklepu do sklepu w poszukiwaniu. Zastanawiam się, jak ja z tą moją zmaltretowaną stopą będę jutro tańczyć (niestety jeszcze się nie zagoiła), ale wierzę, że brazylijskie rytmy mnie znieczulą.

Patrzę na kalendarz i nie mogę się nadziwić jak szybko leci czas - minęły właśnie trzy tygodnie mojej pracy tutaj!!! Mamo, teraz powinnaś mi powiedzieć: "I tak Ci dzieciaku całe życie przeleci!" Hahahahaha. Humor mój lepszy, dystans do rzeczywistości coraz zdrowszy, więc może z dnia na dzień będziecie czytać coraz weselsze i złośliwsze wpisy!!! Oby, bo mam plan utarcia im wszystkim nosa:)

środa, 3 października 2007

26-letnia Polka zginęła przypadkowo w strzelaninie w południowym Londynie.

... a na mojej stacji czekała na mnie kontrola policyjna. Nie wiem, czy te dwie rzeczy miały ze soba jakiś związek, ale na pewno zrobiły duże wrażenie na koniec ciężkiego dnia. Na stacji akcja "antynożowa", bo "It is likely that people who carry knives on the streets will eventually use them and bring tragedy to themselves and others...". Duże miasta przerażają, mnie zresztą nietrudno jest przerazić ogólnie. Akcja, która ma pokazać ludziom, że policja czuwa, mi osobiście odebrała odrobinę poczucia bezpieczeństwa. Paradoksalnie, taka ilość policji i wykrywacz metali sprawiły, że poczułam się zagrożona.

W pracy lepiej... Już wiem przynajmniej, że żeby rozruszać towarzystwo trzeba ludziom zabierać kartki z drukarki, hahaha. Energia jakiej potrzebuje, żeby się normalnie porozumiewać, czytać, rozumieć, słuchać i słyszeć, jest niesamowita, na analizy i zdroworozsądkowe myślenie nad przygotowanym materiałem już prawie mi jej nie starcza. Stan zmęczenie z jakim wracam do domu jest porównywalny do samopoczucia po zorganizowanej konferencji prasowej:)

Jeden z kolegów pytał mnie dziś jak mi idzie zwiedzanie. Więc mu opowiadałam i opowiadałam, że sama chodzę, że to czasem przygnębiające. A on zdziwiony "To ty jeszcze nie masz tu przyjaciół?" Aż nie wiedziałam co powiedzieć. Cisnęło mi się na usta: "Gdybyś popatrzył krytycznie na swoje zachowanie i nastawienie do obcokrajowców w firmie, zrozumiałbyś dlaczego JESZCZE nie mam przyjaciół, matołku". Taki miły akcent na koniec. Różnice kulturowe to szaleństwo. Jestem ich fanką! Pa

Moj szef stwierdzil...

... ze strasznie rozrabiam dzis w biurze. Strach myslec co takiego zrobilam... Zabralam mu kartke z drukarki!!! Ale ze mnie rozrabiara, co?;))))

wtorek, 2 października 2007

Ta ostatnia niedziela

Ostatnia wrześniowa niedziela...

Jestem prawdziwą szczęściarą jeśli chodzi o weekendową pogodę. Po słonecznej sobocie spędzonej na wędrówce szlakiem "co każdy turysta musi zobaczyć w Londynie", nastała jeszcze piekniejsza niedziela. Trochę z przekorą brałam z Polski okulary przeciwsłoneczne, ale są tu jak znalazł!!
Całą niedzielę spędziłam z Susanne na spacerze po Notting Hill i China Town.

Szybkie śniadanie w autobusie, który dowiózł nas do samego Notting Hill i przejście na Portobello Road, gdzie w niedzielę pełno sklepikarzy i handlarzy. Dominują antyki i różne śmieszne bzdety do domu, a poza tym kupa ludzi siedządzych w "ogródkach" przyknajpkowych i leniwie popijających kawę... Niestety nie udało mi się nic kupić, ani też odnaleźć domu, w którym mieszkał Hugh Grant w filmie "Notting Hill" (pewnie to tylko taka ściema;)) Trafiłyśmy za to do uroczej hiszpańskiej knajpki, gdzie zafundowałyśmy sobie pyszna kawę, i jeszcze pyszniejsze ciacha. Obie się zaczytałyśmy - Susanne próbowała poćwiczyć swój hiszpański czytając przewodnik po mieście, a ja dorwałam się do Wysokich Obcasów z sobotniej Wyborczej kupionej za funciaka gdzieś w kiosku na rogu. Ale fajnie!










A potem do China Town na lokalny festyn. Mimo przekonania niektórych o moich chińskich korzeniach nie byłam w stanie zrozumieć ani słowa z konkursów i zabaw, z których do rozpuku śmiała się chyba cała chińska społecznośc zebrana w tym dniu w jednym miejscu...





Po spacerze uliczkami China Town skończył się niestety mój zapał do dalszego zwiedzania, gdyż odezwała się stopa zmaltretowana przez noszony kilka dni wcześniej super modny angielski bucik:(
Otucha dla ciała i duszy czekała na mnie w kościele, w którym choć nie ma polskiej mszy, wytchnienie daje mi każdy kąt. Nauka z ostatniej niedzieli nie poszła w las i przed rozpoczęciem mszy wzięłam wydruk wszystkich modlitw. Łatwiej brać udział i skupić myśli. Ojcze Nasz wciąż jednak wolę po polsku. Dobranoc.

Ale fajnie!

Ale mi radości sprawiacie tymi swoimi komentarzami.
Dziękuję!! tylko się podpisujcie, bo czasem tylko potrafie poznać, że to Mario pisze:)))

Dziś lało i padało, o ludzie jaka byłam śpiąca. do mega potęgi. Prognoza pogody, którą wrzuciłam tu wczesniej wcale się nie sprawdza, nic a nic. Kurka no, ta Wyspa.

Za chwilę bedę uzupełniać blog o niedzielne wędrówki. Wiekszych refleksji na razie brak, może tylko tyle, że straszne mam wzloty i upadki tutaj. Wahania nastrojów niemożliwe. Dowiedziałam się podczas krótkiego spotkania z moim super serio menedżerem Stephenem, że największa zołza w naszym zespole mnie polubiła, i że to nieczęsto się zdarza!! Ale mnie podbudował, hahahah:)