Więc weekend..Pojechaliśmy do letniego mieszkania taty Paulo, które jest na północ od Lizbony (jakieś 70-80 km) w uroczym letnim resorcie Praia del Rey.
Pogoda była średnio fajna, ale stwierdziliśmy, że fajnie będzie wyjechać za miasto, połazić po plażach, które znamy mniej... Droga do resortu prowadzi przez sam środek lasu eukaliptusowego. Pachnie wprost cudnie...Eukaliptus w połączeniu z ogromną wilgocią, która panuje w tamtym regionie tworzy niesamowitą mieszankę. Wilgoć oprócz tworzenia obłędnej mieszanki z eukaliptusem sprawia również, że telewizor cały zamoczony i musi się rozgrzewać dobre pół godzny, żeby w ogóle można było rozróżnić kształty:)
Piątkowy wieczór spędziliśmy w pobliskim Peniche. Spacerek i kolacja. A jedliśmy to:


Na szczęście kilknaście kilmoterów od nas było Óbidos, małe, otoczone murami średniowieczne miasteczko. Piękne białe domki z charakterystycznymi niebieskimi i żółtymi 'lamówkami', wąziutkie uliczki, kwiaty na parapetach, wąskie, brukowane uliczki i ginja - tradycyjny likier wiśniowy, który w Óbidos pije się z czekoladowych kieliszków!Na mury zamku można wejść i pospacerować, ale nie ma żadnych poręczy, żadnych zabezpieczeń i nawet mi kręciło się w głowie...Szybko zrezygnowaliśmy:) Całość jak z bajki, cały nastrój psuje tylko prawdziwe okno wstawione we frontową ścianę zamku, ble. No i w jamie pod murami mieszka smok..prawie jak nasz Bazyliszek:)
Kiedy zza chmur znów wyszło słońce, my popijając kawke na tarasiku barowym podziwialiśmy lagunę Lagoa de Óbidos. Woda przepiękna, słona miesza się ze słodką, kolory bajeczne, ryb tyle, że szok, chetnie bym złapała za wędkę, ale nie wiem, czy umiałabym potem zdecydować, które z nich są jadalne, hihihih...Jeszcze bym złapała takiego tamborila i co ja bym z nim zrobiła...;)))
A w niedzielę było opalanie i może skończę już relację z tego dnia, żeby nie psuć niektórym humoru i żeby nie być taką okropną wredotą.
Cały tydzień spędziliśmy w Londynie - Paulo miał comiesięczne "występy" w swoim biurze. Deszcze, wiatry, tłumy, zimno, zapchane metro...tęskniłam za Lizboną bardzo...Zwłaszcza, że jak wczoraj o 22 rozpoczęliśmy lądowanie, usłyszeliśmy od pilota....."Senhores passageiros! Vamos chegar a Lisboa em 10 minutos. O tempo local são 22 horas e a temperatura la forá são 31 grauss". Szybkie tłumaczenie: "Szanowni Państwo! Za 10 minut lądujemy w Lizbonie. Czas lokalny to 22.00, a temperatura na zewnątrz wynosi 31 stopni"...Przepraszam, ale naprawdę musiałam:)